Szkoła
widziana oczami nauczyciela, który nie przestał być
uczniem, wyrasta z podwójnego doświadczenia i podwójnej wrażliwości. Jest
efektem dwoistej autorefleksji – tej zawodowej i tej rodzicielskiej. Karol
Pietrzyk pisze bowiem o szkole zarówno jako pedagog z wieloletnim stażem, jak i
jako ojciec dziecka ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, zanurzonego w tej
samej rzeczywistości, którą on sam współtworzy.
Już
we wstępie autor uczciwie uprzedza czytelnika, że jego książka nie rości sobie
prawa do obiektywizmu. Jest zapisem osobistego oglądu świata, w którym
funkcjonuje od ponad ćwierćwiecza:
„Moja
książka to naturalnie bardzo subiektywne spostrzeżenie człowieka działającego
wewnątrz szkolnego systemu, przyglądającego się szkole od ponad ćwierćwiecza i
próbującego wyciągać samodzielne wnioski” (s. 7).
Ta
deklaracja szczerości budzi zaufanie. Tym bardziej że Pietrzyk nie próbuje
swoich obserwacji absolutyzować ani zamieniać w program ideologiczny. Raczej
zaprasza do rozmowy – do „merytorycznej dyskusji o kluczowych dla polskiej
szkoły sprawach” (s. 8). W jego pisaniu czuć potrzebę podzielenia się
doświadczeniem, ale i świadomość ograniczeń własnej perspektywy.
Autor
nie ukrywa ambiwalencji. Szkołę jako środowisko społeczne lubi – za ludzi,
relacje, drobne sukcesy i sens, jaki potrafi się w niej wydarzyć. Szkoły jako
elementu państwowego systemu często nie znosi – za biurokrację, pozorność zmian
i marnowanie energii. Dostrzega istnienie szkół niepublicznych, edukacji
domowej, oddolnych innowacji w placówkach samorządowych czy pracy progresywnych
dyrektorów, lecz mimo to formułuje gorzką diagnozę:
„A
jednak cały czas jest to przede wszystkim szkoła straconych szans, szkoła
zmarnowanego potencjału, szkoła bez głowy, szkoła będąca polem walki. (…) ta
szkoła ‘po polsku’ po prostu nie może być inna, bo jest odbiciem kolektywnych
wad i zalet naszego narodu oraz dziejowej spuścizny” (s. 8).
Choć
autor podkreśla subiektywny charakter swoich rozpoznań, momentami przechodzi w
ton uogólniający. Pojawiają się sądy, które wielu czytelników przyjmie z
aprobatą, inni zaś odrzucą jako zbyt skrótowe: że szkoła ma jednocześnie
ogromny potencjał i poważne ograniczenia; że improwizacja ratuje ją przed
zastojem; że edukacja funkcjonuje w chaosie doraźnych rozwiązań i zadań
pobocznych; że nauczyciele są nieufni wobec odgórnych reform; że etos
misyjności prowadzi do przemęczenia i wypalenia; że szkoła uczy raczej życia w
przeszłości niż w teraźniejszości; że dla nadzoru liczą się przede wszystkim
wyniki egzaminów i miejsca w rankingach; że praca toczy się pod presją
rezultatów, za żenujące wynagrodzenie, w atmosferze nastawienia na przetrwanie;
wreszcie – że wokół hasła „polska szkoła” można dziś skutecznie budować własną
markę.
Na
tle tej krytyki wybrzmiewa jednak ważny ton: nadzieja bez złudzeń. Pietrzyk nie
wierzy w cudowne rewolucje, ale wierzy w sens rozmowy i drobnych przesunięć.
„Nie potrzebujemy rewolucji” – pisze – potrzebujemy raczej cierpliwego
majstrowania przy tym, co jest.
Paradoksalnie
najsłabszym fragmentem książki pozostaje właśnie wstęp. Zasadnicza część to już
żywa, publicystyczna narracja, spleciona z autoobserwacją i opisem codziennej
praktyki. I tu autor wypada najciekawiej. Jawi się jako nauczyciel zorientowany
na ucznia – na jego potrzeby, emocje, możliwości i ograniczenia – bardziej niż
na tabele wyników czy mechaniczną realizację podstawy programowej. Można tylko
pozazdrościć uczniom, którzy trafili na jego lekcje języka angielskiego i
godziny wychowawcze.
Nie
wszystkie jego stanowiska są wolne od uproszczeń. Ulega na przykład popularnej
narracji o szkodliwości smartfonów w szkole, powołując się na autorów, którzy
nie prowadzili badań w realnych warunkach szkolnych. Jednocześnie stawia
pytanie kluczowe: czy młodzi ludzie potrafią korzystać z telefonów świadomie i
odpowiedzialnie – a jeśli nie, czy szkoła posiada narzędzia, by ich tego uczyć?
Odpowiedzią staje się opis jednego dnia pracy i jednej lekcji.
I
tu pojawia się konsekwencja: Pietrzyk nie moralizuje i nie wprowadza zakazów.
Wie, że skuteczne nauczanie musi uwzględniać emocje, uważność, dynamikę grupy i
sposób utrwalania wiedzy. Jego uczniowie nie siedzą w równych rzędach „jak w
autobusie”. Stoliki ustawione są w podkowę – tak, aby wszyscy się widzieli i
słyszeli.
Szczególnie
cenne są fragmenty, w których autor pokazuje, że mobilna elektronika może stać
się narzędziem uczenia się, a nie wyłącznie przeszkodą. Uczciwie jednak dodaje,
że taka praca wymaga ogromnego zaangażowania i przygotowania, a „po czterech
takich lekcjach nauczyciel jest zupełnie wypompowany” (s. 23).
W
gruncie rzeczy Pietrzyk intuicyjnie dotyka granic systemu klasowo-lekcyjnego,
choć nie nazywa ich wprost. Próbuje uprawiać pedagogikę sensu w przestrzeni,
która często przypomina „więzienną celę”. Uszlachetnia to, co da się
uszlachetnić. Pozostaje pytanie: jak długo można w takich warunkach być sobą –
refleksyjnym, profesjonalnym, uważnym, ludzkim?
Być może odpowiedzią jest zdanie, które brzmi jak osobiste credo autora: „Bycie nauczycielem to jedna z najważniejszych prac na świecie – i nie dopuść, żeby ktoś lub coś odebrało ci to przekonanie” (s. 53).
Warto
tę książkę przeczytać właśnie jako akt samoobrony zawodu. I jako cichy, uparty
głos kogoś, kto mimo wszystko nadal wierzy, że szkoła może być miejscem sensu.


